Komunikacja po angielsku: co tak naprawdę podcina Ci gardło?


Komunikacja po angielsku: co tak naprawdę podcina Ci gardło?

Dobrze znasz ten schemat - powtarzasz go każdego tygodnia. Spotkanie na Teamsach albo w przeszklonej sali konferencyjnej. Trwa dyskusja. Łyk espresso i twoja kolej, żeby zabrać głos. Przecież jesteś ekspertem, masz celne uwagi i teraz też doskonale wiesz co powiedzieć. W myślach już widzisz te gratulacje od szefa i może nawet premię, bo firma za chwilę domknie duży kontrakt, który negocjowałeś od dawna. A może nawet awansujesz? Nic z tych rzeczy. Bo… znowu milczysz.

Twój mózg kolejny raz cię ograł. Zagadka pod tytułem - czy to ma być Present Perfect, czy może jednak Past Simple okazała się bardziej “atrakcyjna” i tematy biznesowe zeszły na boczny plan. Nadal walczysz sam ze sobą, ale czas mija i Twój kolega już zdążył zabrać głos. I to on zgarnął pochwały.

Trudno, za tydzień będzie lepiej, prawda? Wtedy już na pewno się odezwiesz? No nie, nic się nie zmieni i dobrze o tym wiesz, ale życie nadzieją o przyszłości dodaje energii bo koleżanka prokrastynacja uspokajająco klepie Cię po plecach.

Taki scenariusz powtarza się codziennie. W każdej firmie, gdzie choćby czasami trzeba wykazać się komunikatywną znajomością angielskiego, wiele osób zmaga się z tymi dylematami. Odezwać się, czy nie? A jak powiem coś głupiego? Albo się pomylę? Twój mózg próbuje ocalić Twój autorytet, ale w rzeczywistości go sabotuje, bo milczenie w biznesie jest głośniejsze, niż jakikolwiek błąd gramatyczny.

To tak zwany dysonans tożsamościowy. Twój mózg robi wszystko, żeby zasypać przepaść między tym jak jesteś postrzegany jako ekspert, a tym jak się wypowiadasz. Chcesz, żeby Twój angielski dorównywał polskiemu, ale skoro to niemożliwe, wybiera blokadę. Proste, nie?

Sytuacje mogą być różne, ale finał zawsze bardzo podobny. Ogarnia cię frustracja i poczucie, że lata nauki poszły na marne, bo w takich istotnych chwilach ekspozycji, nie potrafisz wydobyć z siebie słowa. A gdy już naprawdę musisz, brzmisz jak uczeń podstawówki.

Ale ja nie mam talentu do języków!

To jeden z argumentów, jaki słyszę na co dzień. Czy talent jest tu w ogóle potrzebny? To jasne, że niektórym nauka przychodzi z pozoru łatwiej, ale rzadko stoi za tym magiczny “gen poligloty”. Mamy różne predyspozycje. Na tej samej zasadzie, nie każdy zostaje znanym malarzem, czy matematykiem. Ale przy odrobinie wysiłku i odpowiednich ćwiczeń, namalujemy obraz, który mógłby zawisnąć choćby nad łóżkiem w sypialni. A to już coś!

Zazwyczaj to, co bierzemy za wrodzony dar, jest splotem konkretnych predyspozycji poznawczych, psychologii oraz... ilości i jakości poświęconego czasu.

No to dlaczego ja nie mogę się odezwać, a inni jakoś gadają?

To, co nazywamy brakiem talentu to najczęściej suma złych doświadczeń ze szkoły, zbyt wysokich oczekiwań wobec siebie i blokady przed popełnianiem błędów. Każdy, kto opanował język ojczysty, posiada aparat biologiczny niezbędny do nauki kolejnego języka.

Nie ma sensu szukać wymówek! Skoro każdy może, co Ciebie blokuje? Dobrze to znasz - może też z innych obszarów swojego życia. To perfekcjonizm.

Świadomie, czy też nie, mamy z nim do czynienia na co dzień w różnym stopniu i pewnie każdy z nas ma jakieś obszary swojego życia, które powinny być idealne. Tylko my wiemy czy i jaki sens ma ustawianie od linijki filiżanek w szafce, czy koszenie trawnika co do milimetra. Potrafimy sobie to jakoś uzasadnić i zazwyczaj nie ma to na nas negatywnego wpływu. Mamy z tego jakąś satysfakcję i poczucie, że nasze życie jest przez to lepsze.

Taki perfekcyjny schemat przenosimy - tu akurat nieświadomie - w sferę języka obcego. Tylko z taką różnicą, że to już nie jest takie nieszkodliwe.

W życiu zawodowym starasz się być profesjonalny i nic dziwnego, że podobną jakość chcesz zachować w aspekcie komunikacji w języku obcym. Różnica między filiżankami a biurem jest jednak taka, że oprócz satysfakcji, tak naprawdę u podłoża twojej motywacji leży twoje ego i lęk przed utratą autorytetu. No bo skoro jesteś ekspertem, to po angielsku też musi być idealnie, bo co inni sobie pomyślą?

A kogo to obchodzi?

No właśnie prawda jest taka, że nic sobie nie pomyślą. Żyjemy w przeświadczeniu, że to właśnie my jesteśmy w centrum uwagi. Z tego powodu, kiedy trzeba włączyć kamerę na spotkaniu wstydzimy się, bo fryzura dzisiaj nie taka lub za mało spałem i ktoś to skomentuje. A nie bierzemy pod uwagę faktu, że tam każdy robi dokładnie to samo - patrzy na siebie! Celem spotkania nie jest jednak show czy rewia mody, tylko biznes.

W komunikacji w języku obcym jest podobnie. Przykładamy zbyt wiele uwagi do otoczki: Czy zastosowałem odpowiedni czas? Czy to słowo nie brzmi zbyt pospolicie?”, a nie skupiamy się na priorytecie, którym jest skuteczna komunikacja. Po to przecież w ogóle zabieramy głos - chcemy przekazać swoje myśli w jasny i zrozumiały sposób. To jest podstawa relacji międzyludzkich, zarówno prywatnych jak i biznesowych.

Spędzamy godziny, czy nawet lata na dopieszczaniu pod każdym względem ramy naszego obrazu, ale namalowanie samego dzieła odkładamy na potem. I co nam z tego wychodzi?

Anatomia błędu, czyli co ja znowu robię źle?

Mamy naszą językową ramę, ale bez obrazu. A na spotkaniu milczymy! I to jest zdecydowanie największa krzywda, jaką możemy sobie wyrządzić. No bo jaki sygnał odbiera nasz rozmówca? Może nie mamy opinii? Nie chcemy się zaangażować w dyskusję? Albo może nie znamy się na danym temacie? Dla Ciebie katastrofą jest to, że możesz źle odmienić czasownik, ale prawda jest taka, że tego nikt nie zauważy. Natomiast fakt, że nie zabrałeś głosu, nie ujdzie Ci płazem. Twoja “nieobecność intelektualna” na spotkaniu może nie zostać Ci wybaczona. I to wszystko przez fałszywe przekonanie, że wszyscy patrzą na nas i to od nas wymagają wersji idealnej.

Możemy się zastanowić, czy idealna, 100% poprawność językowa w ogóle istnieje. Zawsze znajdzie się jakiś pedant gramatyczny, który wytknie nam to czy tamto, ale takie osoby często zabierają głos tylko w temacie języka, a milczą w każdym innym. To twoja ścieżka? Pewnie nie. Rozmawiając po polsku popełniamy błędy na każdym kroku i niespecjalnie się tym przejmujemy. To jest taki “szum informacyjny” - kompletnie bez znaczenia i nasz mózg skutecznie to filtruje. To Ty traktujesz błąd jako dowód niekompetencji i to jest właśnie największa pomyłka w ocenie priorytetów.

Domyślnie jednak, na poziomie świadomości, dążymy do poprawności, bo daje nam to poczucie bezpieczeństwa. Chętnie rozwiązujemy zadania z podręczników, albo wypełniamy luki w aplikacjach do nauki języka. Informacja zwrotna (dobrze / źle) przychodzi natychmiast, więc automatycznie dążymy do poprawności, nie skupiając się w ogóle na sensie. To taka pułapka “klikalnej” wiedzy, bo uczymy się rozpoznawać schematy i trenujemy kciuk, ale nie usta. Skutek jest taki, że budujemy w sobie wyuczoną bezradność; niby wiemy o czym jest zdanie, ale sami takiego nie wygenerujemy, zwłaszcza pod presją czasu. Rozwiązując testy uczymy się… rozwiązywać testy. Możemy dojść w tym do perfekcji, tylko że to niekoniecznie przełoży się na zdolności komunikacyjne.

Ucząc się oczami i kciukiem nie nauczymy się mówić - fundujemy sobie blokadę językową, bo mózg nie ma czasu na przeszukiwanie “biblioteki regułek”. Musi działać odruchowo, a aplikacje, zamiast odruchów, budują bazę danych, która w stresie staje się niedostępna. Mówienie to taka sama czynność jak jazda na rowerze czy bieganie. Nie zostaniesz maratończykiem oglądając godzinami buty.

Ale przebiegając choćby kilometr zaczynasz biegać, a to już konkretny krok do sukcesu.

Czyli zrobienie czegokolwiek, nawet nieidealnie, jest lepsze, niż niezrobienie niczego.

I co teraz?

Jednym z rozwiązań jest zmiana Twojej definicji sukcesu. Jeśli uznasz, że celem nie jest mówienie wyjątkowo ładnie, ale dostarczenie merytorycznej wartości, zdecydowanie łatwiej będzie Ci zabrać głos w dyskusji.

Prawdziwa biegłość nie rodzi się z braku błędów, ale z odporności na nie. Dopóki błąd jest dla Ciebie sygnałem o niewystarczalności, Twój mózg będzie Cię blokował. Natomiast kiedy ten sam błąd potraktujesz jak zwykły „szum w komunikacji”, odzyskasz dostęp do płynności językowej.

Na koniec takie zadanie, do przemyślenia: ile razy w ciągu ostatniego tygodnia nie zabrałeś głosu tylko dlatego, że Twój „wewnętrzny cenzor” uznał, że zdanie nie jest wystarczająco doskonałe?

I jak mogłaby wyglądać Twoja kariera, gdybyś od jutra zaczął traktować błędy językowe nie jako dowód swojej słabości, ale jako koszt operacyjny pracy? Czy naprawdę to błędy Cię hamują, czy może to ten paraliżujący lęk przed nimi kradnie Ci najciekawsze szanse zawodowe?”


Autor: Robert Poschlod

Od blisko dwóch dekad specjalizuję się w budowaniu pewności siebie i przełamywaniu barier w komunikacji po angielsku. Pomogłem setkom managerów oraz specjalistów z sektora technologicznego i finansowego odzyskać ich potencjał komunikacyjny i przejść transformację od stresu do pełnej swobody i biegłości językowej.